Spontaniczny wyjazd do Zakopanego – dzień 1

Wpis postanowiłem podzielić na części ponieważ coś złapałem wenę niczym Sienkiewicz i troszkę rozpisałem się. Ale przechodząc do sedna.

Pisze do mnie kumpel na messengerze
– Bartek, tatry mnie wzywają
– mnie też
– jedziemy?
– jedziemy!
I pojechaliśmy.

Dokładnie pięć dni po tej rozmowie byliśmy w samochodzie jadąc w kierunku Zakopanego. Akurat tak złożyło się, że miałem zaplanowany urlop, ale tylko 3 dni na resztę nie miałem planów. Nie wierzę w telepatię, ale w tym przypadku ściągnęliśmy się myślami.

Nie byłem w Tatrach około sześciu lat. Jakoś nie było okazji, nie było z kim, a sam nie lubię chodzić po górach. Takiej okazji nie mogłem przegapić. W prognozach pogoda nie była zachęcająca, ale obaj byliśmy na takim głodzie tatrzańskim, że nawet w śnieżycę byśmy poszli.

Z Warszawy wyjechaliśmy przed 11, a na miejscu byliśmy po 17. Po zameldowaniu się w kwaterze poszliśmy na spacer na Krupówki. Nie żebyśmy byli fanami spacerowania pośród tłumów, ale kumpel chciał odwiedzić księgarnie. Księgarni nie znaleźliśmy, więc wróciliśmy w bliżej miejsca zamieszkania w poszukiwaniu czegoś smacznego do jedzenia. Idąc do kwatery minęliśmy Bar o nazwie „Na zakręcie”. Z wyglądu bez rewelacji, ale czasem w takich miejscach jedzenie jest domowe i smaczne. Z zakrętem ten bar miał tyle wspólnego, że znajdował się na zakręcie oraz barman który był na życiowym zakręcie bliski wykolejenia. Ale o tym zaraz. Zamówiliśmy po kotlecie góralskim z frytkami. Przy zamawianiu starszy Pan który nas obsługiwał miał duże problemu z zapisaniem zamówienia. Po chwili zorientowaliśmy się, że to nie wiek lecz promile buzujące w jego krwi sprawiały mu problemu z pisaniem. Na szczęście nie on tutaj gotował. Po chwili otrzymaliśmy zamówienie. Zwykły kotlet z małą ilością frytek. Szybko zjedliśmy, bo byliśmy głodni po całym dniu w międzyczasie modląc się żeby nam nie zaszkodził. Na szczęście obyło się bez rewolucji żołądkowych.

Stwierdziliśmy, że musimy doładować jeszcze kalorii przed jutrzejszym całym dniem w górach, a Tomek wpadł na pomysł, że zjadłby pierogi. Przystałem na jego pomysł. Na szczęście niedaleko znajdowała się karczma „Dwór Ślebody”. Tutaj już pyszne jedzenie i grająca na żywo kapela góralska, a do tego piękna i bardzo bezpośrednia kelnerka.
Wzięliśmy menu, wybraliśmy wspomniane wcześniej pierogi i przybiega kelnerka i krzyczy przez grającą w tle kapelę góralską
– Cześć, widzę, że już wzięliście menu, co chcecie?
– Pierogi. Dla mnie ruskie, a dla kolegi z mięsem
– ruskich nie mam, bo ostatnie podałam do tamtego stolika
– to zabierz z tamtego stolika i daj mi, bo mam ochotę na ruskie
– Hahaha
– Hahaha
– w takim razie dwa razy z mięsem

Tak chłopaki grali i śpiewali

Kelnerka oddaliła się w celu realizacji naszego zamówienia. A my planowaliśmy jutrzejsze wyjście, wspominaliśmy stare czasy i znajomych.

Pierogi okazały się być pyszne. W międzyczasie jeszcze pożartowaliśmy z kelnerką i zapłaciliśmy rachunek ze sporym napiwkiem. Zauroczyliśmy się dziewczyną to jej się należało. Po kolacji poszliśmy niespiesznie w kierunku naszej kwatery. W kwaterze szybki prysznic, nocne polaków rozmowy, planowanie jutrzejszej trasy i sen.

komentarze 4

  • Agusiak

    Spontan…kelnerka…I góry….to mi się podoba i czekam na ciąg dalszy….
    W górskim powietrzu jest jakaś magia…dzieją się ciekawe rzeczy 😊

    • bart

      Aguś, więcej „pikanterii” nie będzie, ale będą zdjęcia 🙂 Górskie powietrze ma czasem dziwne oddziaływanie na ludzi…A ta góralka…. 🙂

  • Agusiak

    Jak nie będzie pikanterii więcej???? To może chociaż coś mrozacego krew w żyłach dla odmiany 😊 Góralka siedzi w głowie 🙈🙈

Leave a Reply