Snowboard w Wiśle – dzień 1

Budzik nastawiłem na 8:30. Jak urlop to urlop. Chwilę poleżałem, szybki prysznic i zszedłem na śniadanko. Byłem jednym z pierwszych. Na śniadanko kawka, jajecznica, kanapki, kawka i ciasto. Dwa kawałki ciasta. W końcu trzeba mieć siłę na jazdę na desce.

Wymyśliłem sobie, że pojadę na stok „Nowa osada” w Wiśle. Szybki powrót do pokoju celem przebrania się w ciuchy snowboardowe i jadę. Wbiłem w Google Maps lokalizację i pokazało mi, że miejsce jest zamknięte. Pomyślałem , że ta mapa pewnie coś ściemnia i jadę. Dojechałem po chwili na miejsce i wiecie co? Na prawdę było zamknięte. Przy zameldowaniu w hotelu recepcjonistka poleciła mi stok o nazwie „Skolnity”. Kilkaset metrów od hotelu. Szybki odwrót i jadę. Po 5 minutach byłem już pod stokiem. Zaparkowałem przy ulicy wziąłem deskę pod pachę i do wyciągu marsz. Jakie było moje zdziwienie, że można był podjechać dużo bliżej i nie zasuwać pod górę z buta. Miejsc do zaparkowania było do wyboru do koloru. Człowiek uczy się na błędach. Do kasy nie było kolejki, więc kupiłem karnet na 4h i pakuję się na wyciąg z deską pod pachą. Deska pod pachą ponieważ z zapięta deską to mógłbym uszkodzić nie tylko siebie, ale i innych. Z głośników słyszę komunikat „Proszę założyć deskę!”. No to dupa zbita i to dosłownie, bo z moim poziomem umiejętności to będzie dużo wywrotek przy zjeżdżaniu z wyciągu. Na szczęście kanapa była czteroosobowa, a ludzi mało. Szanse uszkodzenia kogokolwiek poza mną były niewielkie. Wjechałem na górę podziwiając górskie widoki i ciesząc się słońcem. Przy opuszczaniu kanapy pełne skupienie i o dziwo obyło się bez wywrotki.

Zjazd z wyciągu okazał się łagodny i dobrze przygotowany. Na górze znajdowała się karczma co wywołało uśmiech na mojej twarzy. Śnieg leżał tylko na trasie. Poza trasa było już czuć i widać wiosnę.

Trasa była mało wymagająca. Końcówka trochę bardziej stroma. Próbowałem sobie przypomnieć jak przerzuca się krawędzie. Raz mi wychodziło lepiej, a raz gorzej. Nie obyło się bez wywrotek. Jak poczułem się pewniej było też kilka gleb przy zjeździe z kanapy. Raz nawet zajechałem pod karczmę i wbiłem się w stojak na narty. Na szczęście nic, ani nikogo nie uszkodziłem. Tak to już działa, że jak człowiek poczuje się pewniej to czujność jest uśpiona i o glebę łatwiej.
Pojeździłem około dwóch godzin, dupa zrobiła się mokra, więc przyszła pora na kawkę i ciastko. Wjechałem na górę, zamówiłem kawkę i serniczek.

Kawka i serniczek

Po kawce zachciało mi się pić i uświadomiłem sobie, że dzisiaj nie piłem jeszcze wody. Szybki kurs do kasy i miałem moje pól litra wody za całe 5 zł. Posiedziałem chwilę w karczmie podziwiając widoczki. Jednak góry mają w sobie jakiś magnes który przyciąga. Człowiek usiądzie i może się gapić i gapić.

Miałem nadzieję. że trochę przeschnę, ale nie udało się. Przed wyjściem poszedłem do łazienki i usiadłem na suszarce do rąk mając nadzieję, że moja przemoczone dupsko trochę przeschnie. Niestety mój pomysł był słaby i szybko zrezygnowałem z tego sposobu suszenia dupska. Pomyślałem, że czas na nowe spodnie na przyszły sezon.

Taki znaczek był w WC 😉

Zebrałem się i mimo mokrości w gaciach postanowiłem, że trzeba wyjeździć karnet do końca. I tak sobie jeździłem w górę i w dół. Nie obyło się bez przewrotek. Nawet jedną udało mi się nagrać. Zapraszam na film.

Jak tam sobie jeździłem w górę i w dół wymyśliłem, że jak czas karnetu będzie zbliżał się do końca to wjadę na górę i zjem na górze obiad ciesząc się widokiem gór i zjadę do auta po obiedzie. Mój plan był prosty i zarazem genialny. Nie ma jak obiad z widokiem na góry.

Mój plan wdrożyłem w życie. Przed godziną 15 wjechałem na górę i zamówiłem sobie kotleta z kurczaka z frytkami i surówką. Trochę fit, trochę fat. W ogóle mi się nie spieszyło do hotelu. Tylko ta mokra dupa sprawiała mi trochę dyskomfort. Zjadłem obiad podziwiając Beskidy. Pomyślałem, że ładne te górki, ale coś niskie. Jednak miłością największa darzę jednak nasze Tatry. Po obiedzie i kontemplacji o moim żywocie stwierdziłem, że czas się zbierać. Zjechałem na dół, zapakowałem sprzęt do auta i po chwili byłem w hotelu. Na miejscu szybki prysznic, niedana próba drzemki i wymyśliłem, że przecież mam w hotelu saune i jaccuzi.
Nie ma lepszego sposobu na regenerację jak wygrzać tyłek. W jaccuzi zastałem jakąś rodzinkę z małymi dziećmi które darły się jakby ktoś je ze skóry obdzierał. Ich ojciec kilka razy mnie przepraszał i uciszał dzieciaki, ale dla mnie to żadnej problem. Wiadomo dzieci mają swoje prawa. Sauna za to była cała moja. Dwie sesje po 15 minut i czułem się świetnie zrelaksowany. Wróciłem do hotelu i znów nieudana próba drzemki. Po chwili kiszki zaczęły grać mi marsza. Nie miałem ochoty iść nigdzie na miasto, więc zszedłem do hotelowej restauracji. Myślałem, że będzie bardzo drogo, ale wcale tak nie było. Placek po zbójnicku smakował wyśmienicie do tego zimne piwko. Żyć nie umierać. Po kolacji jeszcze zaszalałem i wypiłem szklaneczkę Jacka Danielsa z lodem.

I tak oto tym smacznym akcentem zakończyłem pierwszy dzień pobytu w Wiśle.

komentarze 4

  • Agulka

    Żeby nie przemoczone dupsko to nie byłoby takich wspomnień….namacalnie też trzeba czuc atrakcje 😊😊😊 piękne zdjęcia i filmiki….ja podziwiam te wszystkie wygibasy na śniegu aczkolwiek na żaden zimowy sport to ja się nie zdecyduje nigdy no chyba że orzełek w śniegu i kulig się do tego zaliczają 😉😉 Oczywiście ten sernik to bym chętnie, chętnie 😋😋 Pięknie mieć pasję i ja realizować Bartuś 😊😊

    • bart

      Racja. Może tak bym nie zapamiętał jakby ta dupa nie była mokra. Może nie warto zmieniać tych spodni na nowe. Spróbuj kiedyś nart albo deski. Na prawdę fajna sprawa i nie trudna do opanowania. Serniczek był całkiem ok, ale myślę, że Jack Daniels lepszy ;). Dziękuję za komentarz.

Leave a Reply