Dolina Pięciu Stawów – Tatry dzień 3

Drugi dzień wędrówki zaczął się standardowo czyli od leniwego poranka. Zostaliśmy sami w pensjonacie, więc nikt nam nie przeszkadzał w spaniu. Byliśmy z kumplami umówieni na 8:00 , ale w nocy coś nie mogliśmy obaj spać i specjalnie nam się nie spieszyło. Chodziliśmy, gadaliśmy, oglądaliśmy seriale, a kumpel nawet wyszedł na papierosa.

O 7:50 zadzwonił telefon od reszty ekipy, że już czekają w gotowości, a my jeszcze nawet śniadania nie zjedliśmy. Spokojnie. Góry przecież nam nie uciekną. W plecaku wylądował termos z herbatą, wędlina na kanapki, woda, izotonik, kurtka, i coś słodkiego oraz dwa żele energetyczne.

Moje stopy po wczorajszej wędrówce wyglądały bardzo kiepsko. Dwa duże odciski na piętach i jeden na dużym palcu prawej stopy plus liczne otarcia. Wychodząc z kwatery nakleiłem plastry na pięty i wrzuciłem grube skarpety do plecaka. Pozostała część ekipy miała kwaterę po drugiej stronie Zakopanego, więc chwilę zajęło nam żeby do nich się dostać. Po drodze zrobiliśmy zakupy, bo nie miałem pieczywa na kanapki tylko wziąłem samą wędlinę z kwatery. Zgarnęliśmy kumpli, nawigacja ustawiona na kierunek Łysa Polana. Dzień był lekko pochmurny, ale ciepły. Po około 25 minutach dojechaliśmy na parkingu i po chwili w korku zaparkowaliśmy auto.

Z trudem założyłem górskie buty. Odciski i otarcia mocno dawały się we znaki. Kiedyś pewnie bym odpuścił i został w kwaterze, ale nie tym razem. Moja głowa pragnęła gór bez względu na wszystko. Bez względu na ból.

Kupiliśmy bilety do Tatrzańskiego Parku Narodowego i krok za krokiem człapaliśmy w kierunku Morskiego Oka. Dość sprawnie doszliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza i dalej odbiliśmy w prawo na zielony szlak w kierunku doliny Pięciu Stawów. Szlak należy do łatwych, ale te moje stopy sprawiały, że szedłem wolno. W pewnym momencie moi kompani przyspieszyli, a ja szedłem swoim tempem oczywiście robiąc zdjęcia.

W pewnym momencie mojej drogi krzyżowej mijająca mnie Pani zapytała „Czy nie potrzebuje Pan plastrów”? Odpowiedziałem „Dziękuje, mam”. Pomyślałem sobie, że chyba widać, że mam obtarte nogi. Szlak był kamienisty i mało wymagający. Dreptałem sobie powoli myśląc o obiedzie w schronisku. Dotarłem do skrzyżowania szlaków. Czarnego i zielonego prowadzącego do wodospadu Siklawa. Ze względu na stan moich nóg postawiłem odbić na czarny szlak do schroniska w dolinie Pięciu Stawów. Dziś trochę żałuję, bo wodospad ponoć piękny.

Po moich kompanach nie było ani widu, ani słychu. Zaczęła się dość długa i wymagająca droga pod górę. Ponieważ moja kondycja do rewelacyjnych nie należy miałem taki sposób, że robiłem 100-150 schodków później chwila odpoczynku na zdjęcia i szedłem dalej. Mój sposób sprawdzał się rewelacyjnie. Podchodząc pod schronisko zaczęło dość mocno wiać. Do tej pory szedłem w krótkim rękawku, ale szybko polar i kurtka wylądowały na grzbiecie. Taki urok gór o tej porze roku.

Po podejściu do „piątki” zauważyłem siedzącego przy jednym ze stolików kumpla pijącego piwo. Zamieniliśmy kilka słów i ze względu na wiejący dość mocno zimny wiatr stwierdziliśmy, że idziemy do schroniska coś zjeść. Zastanawiałem się czy zejść tą samą drogą czy iść dalej ze względu na pogarszający się stan moich stóp. Nie lubię w górach wracać tą samą drogą. W schronisku zamówiłem schabowego z ziemniakami i podobno obowiązkową tutaj szarlotkę. Schabowego nie zjadłem całego, bo był kiepski, ale z szarlotkę zjadłem z przyjemnością do tego poprawiłem kawką. Pijąc kawkę pojawił się spotkany wcześniej kumpel który zniknął kilka minut wcześniej w poszukiwaniu drugiej części naszej czteroosobowej ekipy oznajmiając, że siedzą przed schroniskiem. Dopiłem kawkę i dołączyłem do kompanów.

Gdy tak leżeliśmy na trawie popijając herbatę i rozprawiając o otaczającej nas przyrodzie nagle oświeciło mnie, że mam dodatkową parę grubych skarpet w plecaku. W minutę skarpety wylądowały na stopach, a plastry które nic nie dawały w śmietniku. Od razu moje morale wzrosły. Poczułem ulgę. Dwóch kumpli zostawiło plecaki w schronisku, bo planowali zostać tu na noc, a my wymyśliliśmy, że wracamy przez Świstówkę do Morskiego Oka i później już prosto 10 kilometrów asfaltem do samochodu.

Czas operacyjny był tak wyliczony, że powinniśmy zdążyć na parking przed zmierzchem. Nie myśląc wiele wystartowaliśmy. Jak już nie robiłem zdjęć nawet udało mi się wyprzedzić kumpli. Wreszcie nie zostawałem z tyłu. Widok z góry na dolinę Pięciu Stawów był piękny. Tuż przed przełęczą Świstówki znajdowała się mała polana z której skorzystaliśmy żeby chwilę odpocząć, zjeść coś słodkiego i pożegnać się z zostającymi w piątce znajomymi.

Już w dwuosobowej ekipie zaczęliśmy schodzić. Kurtka i polar z powrotem wylądowały w plecaku, bo zrobiło się bezwietrznie i ciepło. Na początku schodzenie szło mi słabo, ale z czasem zapominałem o bólu stóp i nawet dość sprawnie poruszaliśmy się w stronę Morskiego Oka. Pogoda ewidentnie zaczęła się zmieniać i zrobiło się pochmurno. Już nawet nie specjalnie chciało mi się robić zdjęcia.

Zrobiliśmy jeden przystanek żeby przetestować żele energetycznie które kupiłem w Decathlonie. Na mnie nawet zadziałał i dostałem zastrzyk energii. Droga w dół dłużyła się niemiłosiernie. Po około trzech godzinach dotarliśmy do Morskiego Oka. W Morskim Oku zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć o postanowiliśmy chwilkę odpocząć, posilić się i wypić herbatkę.

Siedząc na ławce pod schroniskiem obserwowaliśmy akcję TOPR na Mnichu. Śmigłowiec był zawieszony w powietrzu tuż obok szczytu. Podsłuchaliśmy, że ktoś wszedł i nie dał rady już zejść, ale jaka była przyczyna akcji tego na sto procent nie wiemy. Mając z tyłu głowy czekające nas 10 km po asfalcie zebraliśmy się i wyruszyliśmy w dół. Mijając wozy konne debatowaliśmy, że powinni je zlikwidować, bo szkoda zwierzaków i wprowadzić melexy, albo jak ktoś chce zobaczyć Morskie Oko niech zasuwa na piechotę. Co to jest 10 km po asfalcie lekko pod górkę.

Zgodnie z planem tuż przed zmierzchem dotarliśmy do parkingu w Łysej Polanie. Po zdjęciu butów chodziłem w okół samochodu w samych skarpetkach. Jak fajnie było nie czuć bólu. Niestety zaczął kropić deszcz, ale w tym momencie było nam już wszystko jedno. Zegarek pokazał dystans ponad 30 kilometrów zrobionych tego dnia.

Po chwili odpoczynku i wsiedliśmy do samochodu i planowaliśmy wieczór. Plan był prosty i zarazem genialny, Wrócić na kwaterę, wziąć szybki prysznic i pójść coś zjeść. Tak, tak do tej samej karczmy gdzie w poprzedni wieczór oczarowała nas sympatyczna i bezpośrednia góralka. Nawet po drodze wymyśliliśmy, że po takim wysiłku to trzeba się nażreć i że zjemy placki po zbójnicku. Mieliśmy cichą nadzieję, że znowu będzie ta sama kelnerka. Do kwatery mieliśmy około 26 km, a po drodze nadal trochę kropiło. Plan wcieliliśmy w życie. Szybki prysznic i spacer do karczmy, bo deszcz jeszcze nie dotarł do Zakopanego, a piwo trzeba wypić po wysiłku. Weszliśmy do karczmy i ku naszemu zdziwieniu byliśmy sami. Był to dzień tygodnia poniedziałek. Niestety po naszej kelnerce ani widu, ani słychu. Na nasze pytanie czy nakarmią zgłodniałych „taterników”? Otrzymaliśmy odpowiedź, że tak. Kelnerka była sympatyczna, ale nie tak urzekająca jak ta z dnia poprzedniego. 🙂

Nawet nie prosiliśmy i kartę i od razu zamówiliśmy dwa placki po zbójnicku i dla mnie oczywiście piwo. Jedzenie było smaczne i zniknęło w mgnieniu oka. Piwo zresztą też. Przeprosiliśmy, za to, że trafiło się takich dwóch wygłodniałych ceprów i kucharka oraz kelnerka musiały nam usługiwać zamiast iśc do domu, Oddaliliśmy się spacerkiem do kwatery i oddaliśmy w objęcia morfeusza. Tej nocy obaj spaliśmy jak zabici.

komentarze 4

  • Agusiak

    No dobra….romansu nie ma…ale groza powiało, już myślałam, że Gopr po Ciebie będzie musiał przelecieć 😁😁 moc gór jednak ogromna 😊😊😊

    • bart

      Niestety nie zakochałem się w góralce. Tak to byś mogła mnie odwiedzać w Zakopanem. 😉 Moc była w mojej głowie. Do dziś zrywam strupy ze stóp, a grubo ponad miesiąc minął od wyjazdu.

  • Agusiak

    No to proszę Pana….powrót w góry…miłość raz,dwa,trzy i od następnej jesieni odwiedzam Ciebie tam 😁😁😁
    Głowa ma moc….mocniejszą niż mamy tego świadomość 😊😊

    • bart

      Oj już przestań. To nie blog romanytczny 😛 Do wawy masz bliżej :P. O tym, że głowa ma moc przekonuję się na każdym treningu. Mięśnie się poddają, a głowa chce więcej i mięśnie wykonują 🙂 Dzięki serdeczne za aktywność 🙂

Leave a Reply