Czerwone Wierchy – Zakopane dzień 2

Drugi dzień naszego wypadku w Tatry. Nigdy nie byłem w Tatrach Zachodnich, a zawsze chciałem tam iść stąd padło na Czerwone Wierchy.

Kwaterę miałem poleconą przez kumpla dosłownie 50 m od drogi pod Reglami. Nie trzeba było nigdzie jeździć autem tylko minuta i byliśmy na szlaku. Tak to ja lubię wypoczywać.

Na szczęście z moim kompanem pod względem wypoczynku i trekkingu dogadujemy się idealnie. Nie mamy ciśnienia, że trzeba wstać o danej godzinie i przejść zaplanowany dystans. Wstajemy jak wstaniemy, zjemy śniadanko, wypijemy kawkę i na szlak. Cieszymy się czasem spędzonym w górach. Bez ciśnienia. W końcu to urlop. Oczywiście gdzieś z tyłu głowy mamy plan gdzie idziemy, ale bez zbędnego planowania co do godziny.

Pogoda była wymarzona. Na niebie żadnej chmurki. Nasze zegary biologiczne obudziły nas koło 7. Nawet nie tyle zegary co bieganie sąsiada albo sąsiadki piętro wyżej. Tupał już przed 7. Obaj zastanawialiśmy się po co tyle łazić z rana. Buty chciał rozchodzić czy co? Leniwie wstaliśmy, zjedliśmy śniadanko i wypiliśmy po kawce. W międzyczasie zrobiliśmy kanapki na szlak i herbatkę w termosy. O godzinie 8:05 zameldowaliśmy się na drodze pod Reglami.

Ubrałem bieliznę termiczną, cienki polar, a na to kurtkę taką do chodzenia po górach. Mimo tego, że nasze termometry w telefonach pokazywały coś koło 10 stopni to po pięciu minutach marszu kurtka już wylądowała w plecaku. Przez chwilę miałem myśl żeby wrócić się do kwatery i ją zostawić, ale w górach nigdy nie nie wiadomo. Może jeszcze przydać się.

Po kilkunastu minutach doszliśmy doliny Małej Łąki gdzie na wejściu kupiliśmy bilety do Parku i dalej szliśmy żółto-niebieskim szlakiem. Na rozstaju szlaków ukazała nam się Wielka Polana Małołącka i pierwsze widoczki gór. W głowie jedna myśl „Po to tu przyjechałem, a to dopiero początek”. Było piknie!

Wielka Polana Małołącka
Pierwsze widoki

Po chwili na zboczu kumpel zauważył pasące się Kozice. Te to są sprytne tak brykać po tych zboczach. Mam nadzieję, że coś widać na zdjęciu poniżej.

Dalej idąc już żółtym szlakiem przeszliśmy przez Mnicha Małołąckiego i minęliśmy rozejście na Giewont wspominając niedawna tragedie która rozegrała się w tym rejonie. Dywagowaliśmy czy to głupota ludzka żeby pchać się w burzę na szczyt czy co kierowało tymi ludźmi. Nigdy tego się nie dowiemy. Wiem, że jak już idzie się w góry to ciężko zrezygnować z wejścia na szczyt, ale zawsze można wrócić za jakiś czas bez ryzyka. Ja przynajmniej tak mam.

Giewont

Tomasz poszedł szybciej, a ja spacerkiem krok za krokiem z przerwami na robienie zdjęć doczłapałem się jako drugi do Kopy Kondrackiej. Jak tu jest pięknie! Dokładnie tak jak na zdjęciach. Postanowiliśmy chwile posiedzieć na szczycie i delektować się otaczającymi nas pięknymi widokami.

Po chwili odpoczynku postanowiliśmy zjeść drugie śniadanie na szczycie Kopy. Wyjęliśmy z plecaków termosy z herbatką oraz zrobione rano kanapki i zajadaliśmy leżąc i ciesząc się otaczającymi nas widokami. Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy dalej przez Czerwone Wierchy. Podejścia na dość łagodne, więc wchodziło się bez żadnych problemów. Ja oczywiście co chwilę robiłem postój na robienie zdjęć. Gdzieś pomiędzy Krzesanicą, a Ciemniakiem zachciało mi się sikać. W okół sporo ludzi, a ToiToia brak. Zauważyłem z boku szlaku dość łagodne zejście w dół. Nie myśląc wiele zszedłem ze szlaku i olałem i to dosłownie Słowacką ziemię. Tomek powtórzył ten sam zabieg po mnie. Siła wyższa.


Dotarliśmy do szczytu Ciemniaka, a że była dość wczesna pora i mieliśmy jeszcze dość dużo czasu do zmierzchu usiedliśmy na szczycie, jedliśmy słodycze, piliśmy energetyki i cieszyliśmy się chwilą. Siedzieliśmy przy słupku granicznym i po kilkunastu minutach podeszła do nas jakaś dziewczyna i zapytała „Czy możecie się odsunąć, bo chcemy sobie zrobić zdjęcie?”. To był nasz bodziec do ruszenia czterech liter i rozpoczęcia zejścia w dół. Bez pośpiechu spakowaliśmy plecaki i zaczęliśmy schodzić. Tomek raczej zbiegał i czekał na mnie w bardziej dogodnych momentach, a ja spacerkiem schodziłem robiąc zdjęcia.

Droga w dół

Szlak robił się coraz węższy, a widoki coraz słabsze. Schowałem telefon do kiszeni, bo już nawet nie warto było robić zdjęć. Niestety moje buty które na poprzednich wyjazdach w góry były bardzo wygodne zaczęły mnie obcierać i zrobił mi się ogromny odcisk na palcu, ale jakoś doczłapałem się do doliny Chochołowskiej i później już do Kir spacerkiem i w busa do Zakopanego i stamtąd już niedaleko do naszej kwatery. W kwaterze szybki prysznic i pojechaliśmy na spotkanie z kumplami którzy przyjechali do Zakopanego. Podczas kolacji wspominaliśmy wcześniejsze wyjścia w góry oraz planowaliśmy kolejny dzień trekkingu. Po kolacji powrót do kwatery i sen. Po całym dniu na świeżym powietrzu spałem jak dziecko. Dobranoc.

komentarze 4

Leave a Reply