Moje randki z Tindera

Podobno Tinder to dobry sposób na darmowy sex. Czy to prawda? Jakie są moje doświadczenia z tą aplikacją przekonacie w tym poście. Zapraszam do lektury.

Żyjemy w takich czasach, że najłatwiej kogoś poznać w internecie, więc stwierdziłem, że warto zaryzykować i zainstalowałem Tindera, a później jeszcze Badoo które równie szybko odinstalowałem. Dużo tych spotkań nie było. Dosłownie pięć przez około dwa lata używania tej aplikacji. Od razu napiszę, że zawsze kończyło się na jednym spotkaniu. Nie wiem czy coś ze mną jest nie halo czy na takie dziewczyny trafiałem? Ze względów oczywistych nie będę używał imion. Nie jestem typem podrywacza. Zwykły chłopak z Warszawskiej Pragi do tego trochę nieśmiały.

R. sama do mnie napisała zaraz po zainstalowania aplikacji i połączenia nas w parę. Zdjęcie profilowe miała truskawek. Tak po prostu zdjęcie truskawek pobrane z internetu plus jedno portretowe i jedno z gór. Gadka nawet fajnie się kleiła, pisaliśmy codziennie przez kilka dni. Rano, w dzień i wieczorami. Podobno lubiła aktywność fizyczną, nawet kiedyś chodziła na siłownię, ale ostatnio zapuściła się trochę i zdobyła kilka nadprogramowych kilogramów. Życie…
Po tygodniu klikania stwierdziliśmy, że trzeba się spotkać. W związku z tym, że była z miejscowości oddalonej ode mnie 40 km to umówiliśmy się na następny weekend i radośnie klikaliśmy sobie dalej nawet rozmawialiśmy przez telefon. Umówiliśmy się w godzinach popołudniowych w restauracji „innej niż wszystkie” czyli McDonald`s. Tutaj nastąpiło trochę rozczarowanie, bo R. nie miała kilka tylko kilkanaście kg nadwagi, ale ważne jest wnętrze, a nie wygląd. Ja po redukcji 57 kg chłopa, a ona pewnie z 90 ;).
Zjedliśmy po lodach. Ona małe, bo się odchudza, a ja duże. Po lodach stwierdziliśmy, że jedziemy na wycieczkę po okolicy. Wsiedliśmy do mojego auta i ahoj przygodo! Miało być jakieś fajne jeziorko w okolicy które okazało się bajorem i śmietnikiem. Później pojechaliśmy dalej, rozmowa nawet kleiła się, ale chemii zero. Zatrzymaliśmy się w jakiejś małej mieścinie na papierosa, bo okazało się, że pali. OK, wszystko dla ludzi. Wróciliśmy do miejsca z którego wyruszyliśmy i wsiedliśmy do jej auta. Objechaliśmy znowu miasteczko dookoła i zrobiliśmy znowu postój na fajka i rozmowę. Chciałem ja zaprosić na jakiś obiad, ale odmówiła, bo rzekomo nie była głodna. Odwiozła mnie do miejsca gdzie było zaparkowane moje auto i wróciłem do domu. Cała „randka” trwała około 3 h.
Później jakiś czas mieliśmy ze sobą kontakt. Oboje stwierdziliśmy, że jednak nie jesteśmy dla siebie stworzeni. Może nie wprost, ale tak nam wyszło. Kiedyś nawet jak była w Warszawie to mnie odwiedziła, bo akurat wracała z nieudanej randki z jakimś facetem. Nawet jeszcze niedawno pisaliśmy ze sobą, ale wiem, że znalazła faceta, więc kontakt się urwał. Wspomniana randka była ponad rok temu w wakacje.

K. była znad morza poznana przez Badoo. Widocznie wpadła mi para jak byłem u rodzinki . Była samotna i z tego samego rocznika jak ja. Kochała jazdę na rowerze. Pisanie szło nam rewelacyjnie, później przenieśliśmy się na messengera gdzie też gadka nam się kleiła. Ponieważ dzielił nas dystans 400 km o spotkanie wcale nie było łatwo. Po jakimś czasie wymieniliśmy się numerami telefonów. Pierwsza rozmowa przebiegła fajnie i dość długo rozmawialiśmy. Później cały czas pisaliśmy na komunikatorze. Wymyśliliśmy, że umówimy się na weekend na Helu. Weekend we dwoje nad morzem po sezonie brzmiał świetnie. Chwile zajęło nam znalezienie odpowiedniego hotelu, ale wreszcie dokonałem rezerwacji. Oboje uznaliśmy, że to trochę szalone umawiać się z kimś poznanym przez internet od razu na weekend, ale raz się żyje. Każde z nas uznało, że może to drugie nie jest seryjnym mordercą, a przynajmniej poznamy się lepiej. Przyszedł wyczekiwany weekend. Wziąłem wolne na piątek i pojechałem na półwysep. Moja internetowa znajoma pojawiła się spóźniona o jakieś 2 godziny. Byliśmy umówieni, że zjemy razem kolację i jak będzie chciała to zostanie, a jak nie to pojedzie sobie do domu. A ja sobie zostanę na helu… Po kolacji jednak stwierdziła, że chce zostać na weekend. W piątek jeszcze pospacerowaliśmy po plaży, w sobotę zwiedzaliśmy Hel i cały dzień spacerowaliśmy. Specjalnie chemii nie było, ale miło spędzaliśmy czas spacerując, pijąc kawę i rozmawiając. Wspólnych tematów mieliśmy od groma. Oboje lubiliśmy sport, podróże i góry. W niedziele pożegnaliśmy się i po powrocie do domu dostałem wiadomość, że to nie to i możemy zostać przyjaciółmi. Trochę więcej jak lekko rozczarowany na tym etapie tą znajomość zakończyłem.

Na kolejne dwie randki poświęcę jeden akapit, bo szkoda marnować miejsce na blogu i Wasz czas. Dosłownie 2 do 5 dni pisania, spotkanie na kawkę i po kawie zero odzewu. Jedną dziewczynę po spotkaniu poprosiłem o numer telefonu to powiedziała, że „dużo wariatów trafiła w sieci i nie daje numeru telefonu”. Nawet nie miałem ochoty na następne spotkania. Drugą nawet odwiozłem do domu i po spotkaniu wymieniliśmy kilka SMS, ale też kontakt urwał się po dwóch dniach od spotkania. Chemii nie zanotowano w obu przypadkach.

M. to moja letnia znajomość. Chwilę pisaliśmy na Tinderze, a później przenieśliśmy naszą znajomość na Messengera, bo pojechała na urlop i miała mi wysyłać fotki znad morza. Rzeczywiście kilka wysłała. Po powrocie do Warszawy umówiliśmy się na spacer po bulwarach nad Wisłą. Wydawałoby się, że nie ma bardziej sprzyjających okoliczności jak spacer przy zachodzie słońca wzdłuż Wisły. Tak jak w przypadku poprzednich znajomości rozmowa szła dobrze, ale chemii zero. Nawet odprowadziłem ją na dworzec, a samochód miałem zaparkowany dość daleko od dworca. Po spacerze wróciłem po auto rowerem miejskim. O numer telefonu nie poprosiłem, bo nadjeżdżał pociąg i zabrakło czasu. Później nawet chciałem wyciągnąć ją na drugą „randkę” na rower. Byliśmy umówieni na konkretny dzień, ale w końcu nie odpisała na moją wiadomość i kontakt urwał się. A ja nie jestem z tych żeby cisnąć na siłę.

Ostatnia moja znajomość z Tindera skoczyła się bez randki, bo usunąłem konto. Pisałem z dziewczyną około dwóch miesięcy i nie mogła znaleźć czasu na spotkanie, więc sobie darowałem. Najpierw okazało się, że ma dziecko, a po chwili męża i z nim mieszka, ale ponoć ich małżeństwo to fikcja. Mi to nie przeszkadzało. Kaca moralnego bym nie miał. Oboje byliśmy z jednego miasta, nawet mieszkaliśmy po tej samej stronie rzeki, a nie mogliśmy się dogadać jeśli chodzi o spotkanie. To znaczy ona, bo ja jestem pod tym względem elastyczny.

Czasem zdarza się, że poznajemy drugą osobę i wiemy, że to jest to. Może nie na całe życie, ale coś „pyknie” na tyle, że dwoje ludzi chce spędzać ze sobą jak najwięcej czasu. Trochę jak z samochodem czy mieszkaniem. Oglądamy i wiemy, że to jest to auto czy mieszkanie. Porównanie dziwne, ale moim zdaniem trafne. Jak analizuje czasem związki moich znajomych to były to spotkania w pracy czy na uczelni czy na imprezie. Randki też nie były romantyczne. Nie było wyjazdów nad morze czy spacerów po bulwarach o zachodzie słońca. Mnie się taka historia nie przytrafiła, ale może kiedyś się przytrafi. Może kiedyś wrócę na ten portal w poszukiwaniu mojej lepszej połówki. Nie mówię nie. Czas pokaże.

„W tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz”

Dodaj komentarz