4F Piątka Praska – relacja

Mój ulubiony bieg uliczny w Warszawie. Był to mój pierwszy bieg w którym zdecydowałem się wystartować trzy albo cztery lata temu. Wtedy jeszcze nazywał się BMW Piątka Praska. Jest to bieg towarzyszący w ramach 4F Pólmaratonu Praskiego.

Od trzech miesięcy zmagam się z kontuzją łydki. Choćbym miał przejść albo przebiec ten bieg na jednej nodze to zdecydowałem się na niego zapisać. Od kilku dni jednak łydka przestała mi dokuczać co uznałem za dobrą wróżbę. Bałem się trenować, ale trochę na bieżni potruchtałem w tygodniu. Łydka nie bolała – to zdanie będzie często powtarzane w tym poście. Towarzyszył mi lekki stres przed startem. Nie z tego powodu, że nie dam rady tylko bałem się nawrotu kontuzji.

Na miejsce startu mam z domu około 2 km, więc postanowiłem zaliczyć spacer i około kilometra rozgrzewki. Jak postanowiłem tak też zrobiłem. Kilometr przeszedłem , a drugi przebiegłem w tempie 6.38 min/km. Łydka nie bolała.

Na miejscu imprezy byłem około 19:00, a start zaplanowany był na 19:30. Na termometrze temperatura wskazywała koło 27 stopni, więc stwierdziłem, że dalsza rozgrzewka mi nie potrzebna. Jeszcze oczywiście krótka wizyta w Toi-Toi-u, spacer po terenie imprezy, kilka fotek. Usłyszałem zaproszenie spikera żeby ustawić się w swojej strefie poszedłem na start. Ustawiłem się w strefie 30 minut. Trochę porozciągałem mięśnie, a głównie łydki czego nigdy wcześniej nie robiłem.

Ta impreza ma to do siebie, że starty są zawsze punktualne. Punkt 19:30 wystartowała elita, a moja strefa 5 minut później. Zegarek odpalony na linii startu i lecimy. Na początku powoli, bo mało miejsca. Jak była możliwość trochę wyprzedzałem. Pierwszy kilometr minął szybko. Spadały mi słuchawki z uszu to byłem zajęty i nie myślałem o biegu. Później starałem się nie schodzić poniżej 6 min/km. Jakoś dłużyło mi się od 3 do 4 kilometra, ale słuchawki cały czas spadały, więc miałem co robić. Trasa ul. Jagiellońską, a później w górę do Wisły. Nad Wisłą delikatnie powiało, ale pot lał się uczciwie. Pomyślałem, że fajne były kurtyny wodne, ale to 5 km, a nie maraton. Czwarty kilometr. Dalej wzdłuż Wisły do mostu Poniatowskiego i nawrotka przed mostem. Niektórzy chcieli sobie skrócić drogę i próbowali zawracać kawałek wcześniej, ale sędzia stojący na nawrotce groził palcem i zawracała na właściwe tory. Piąty kilometr szedł ciężko, na trasie zrobiło się już bardzo luźno. Około 500 m. przed metą coś dopadł mnie kryzys i nie mogłem złapać oddechu, chwilę szybkiego marszu i lecę dalej. Pieprzona astma! Jak zobaczyłem metę dostałem dodatkowy zastrzyk energii i sprintem wpadłem na metę.

Zatrzymałem się, chwila na złapanie oddechu, medal, woda. Za chwilę patrze stoisko żywca. Wziąłem małą puszkę otwieram, a to piwo bezalkoholowe. Myślałem, że to woda w puszkach. Tego było mi trzeba. Szkoda, ciepłe, ale nie bądźmy wybredni.

Bieg zakończony, ja cały mokry. Łydka nie boli. Po chwili dostałem SMS z wynikiem.

Nieoficjalne miejsce open – 1731, czas 30:27, M30 – 394. Średnia prędkość 6:00 min/km. Czyli zgodnie z planem.

Przed biegiem zawiązałem sobie na ręku hustkę Buff`a. To był bardzo dobry pomysł do wycierania potu z czoła i łysiny. Wracając do domu popatrzyłem jak biegną pół-maratończycy. Może kiedyś i ja pobiegnę połówkę.

Wracając do łydki to na drugi dzień delikatnie coś czułem, ale bardzo delikatnie. Zaliczyłem spacer nad Wisłę czyli około 6 km i nic, aż do wieczora kiedy postanowiłem zrobić sobie rolowanie nóg. Po rolowaniu znowu zaczęła mnie boleć. Zauważyłem, że jak ją rozciągnę to ból ustaje. Może zwyczajnie tak mi ją spina? Nie znam się. Fizjo sprawdzi. Obym wyleczył ją do 11 listopada czyli następnego startu w biegu Niepodległości. A wypadałoby coś potrenować. Łydka boli.

Dodaj komentarz